-
Przeminęło z wiatrem?
Był rok 1988, matura minęła pachnąc słonecznym majem, a brakujące dwa punkty z egzaminów na Politechnikę Warszawską zaważyły na całej mojej przyszłości. Linia życia zaczęła drążyć własną odnogę, nie mówiąc mi nic o własnych planach. I tak ścieżka wytyczona w myślach zatarła się u progu dorosłości. Niby nic, a jednak szykowała się zmiana, nie tylko dla PRL-u miał powiać wiatr odnowy. W powietrzu czuć było napięcie, a dorosłość wymagała odpowiedzialności, jasnych decyzji i postępowania, zgodnie z oczekiwaniem otoczenia. Trudne wyzwanie dla osoby, która na progu dorosłości musi dokonać wyboru między mniejszym złem, a niepewnością. Pierwsza praca, ZAIKS, okazała się błędnym wyborem życiowej drogi, za to druga w Szkole Głównej Służby Pożarniczej była jak świeży powiew ognistego podmuchu, kryła w sobie urozmaicenie i szykowała wyzwania.Wówczas po raz pierwszy zakochałam się… w pożarnictwie. Idea służby dla dobra ludzi, profesjonalne czuwanie, by ugasić ogień. To była straż pożarna z krwi i kości, działania ochrony przeciwpożarowej były ukierunkowane na prowadzenie akcji ratowniczo-gaśniczych i podejmowanie działań w celu zmniejszenia zagrożenia pożarowego. Powiedzenie „Nie ma jak w straży, słońca nie ma, w d* parzy” w całej okazałości spełniało swoją rolę, do czasu, aż…
Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że 1988 rok, to także czas, gdy rozpoczęto prace nad zmianą wizerunku straży pożarnej. Młody człowiek patrzy śmiało w przyszłość, nie boi się wyzwań, chociaż nieznane za zakrętem może budzić obawy i nieśmiałość, to jednak chęć zdobywcy zwycięża wszelkie wątpliwości. Kolejne lata przyniosły przewrót, upadł PRL i mur berliński, a pierwsze na wpół demokratyczne wybory przywróciły Senat i Prezydenta. Czas zmian, niczym parowóz parł do przodu, gdy na bazarach królowało wszystko z plastiku, a wolność jawiła się pasmem tolerancji bez granic. W tym czasie, także w straży pożarnej trwały wytężone prace nad zmianami, i do tego tak rozległymi, dotyczącymi szerokiego zakresu ratownictwa, które wprowadziły do obrotu prawnego ustawą z dnia 24 sierpnia 1991 r. „nową-starą” formację pod nazwą Państwowa Straż Pożarna. Dla mnie to też był przewrót. We wrześniu tego roku wyprowadziłam się z Otwocka i zamieszkałam na Rzeszowszczyźnie, nieświadoma tego, co przyniesie mi los.
Państwowa Straż Pożarna, jako służba nie tylko przeznaczona do walki z pożarami, zaczęła funkcjonować z dniem 1 lipca 1992 r., a następnie razem z kolejnymi przemianami społeczno-gospodarczymi w kraju, rozwijała się, szkoliła i działała realizując coraz liczniejsze zadania z dziedziny ratownictwa, w coraz szerszym spektrum ochrony zdrowia, życia i mienia. Kolejnym etapem transformacji PSP była budowa krajowego systemu ratowniczo-gaśniczego (KSRG), który rozpoczął działanie 1 stycznia 1995 r., wymagając mobilności i nie tylko wykwalifikowanej kadry, ale także specjalistycznego sprzętu. Diametralnie zmieniło się wyposażenie specjalistyczne, formy i sposób działań kontrolno-rozpoznawczych. Ratownictwo drogowe, medyczne, chemiczne, ekologiczne, powodziowe, i kolejne z coraz bardziej specjalistycznych takie jak wysokościowe, nurkowe, radiologiczne, wymusiły nie tylko podnoszenie kwalifikacji wśród strażaków, ale także wprowadzenie specjalistycznego sprzętu, który umożliwi podjęcie taktycznych działań. Mechanizm złożony na początku z działań ratowniczo-gaśniczych i prewencyjnych, zaczął rosnąć, wymuszając na ratownikach pełnej dyspozycyjności fizyczno-umysłowej. Szerokie spektrum zadań zachęciło do zacieśnienia współpracy, szczególnie przez włączenie do systemu ratowniczo-gaśniczego jednostek ochotniczych straży pożarnych, a także nawiązano współpracę z innymi podmiotami, które zajmowały się wyspecjalizowanymi gałęziami różnego rodzaju ratownictwa. Diametralnie zmieniło się wyposażenie jednostek ratowniczo-gaśniczych PSP, a także formy i metody działań kontrolno-rozpoznawczych, które położyły nacisk na prowadzenie działalności prewencyjnej wśród społeczeństwa.
Z dniem 1 stycznia 1999 r. weszła w życie reforma administracji publicznej, a 11 dnia tego miesiąca ponownie złączyłam swoją ścieżkę ze strażą pożarną. Najpierw, jako pracownik cywilny, a potem strażak, do dzisiaj czynnie uczestniczę w jej szeregach.Wiatr odnowy, który w latach osiemdziesiątych natchnął mnie miłością trwa, a 4 maja, święto Strażaków, który przeminął wraz z majowym podmuchem, natchnął mnie refleksją.
Wróciły wspomnienia…
5 miesięcy skoszarowanego życia na kursie podstawowym, gdzie uczono mnie podstaw pożarnictwa, musztry, skoordynowanej współpracy z innymi strażakami, zasad podległości służbowej i faktycznej umiejętności wykorzystania nabytej wiedzy. Czołganie w załomach imitujących zawalone budynki, w zadymieniu i ciemności, zwijanie węży, tuż po przeprowadzonym rozwinięciu w celu ugaszenia „pożaru”, wędrówki w kombinezonach chemicznych, nocne warty i alarmy. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ale strażak musi się ciągle doskonalić zawodowo, więc niebawem udało mi się zakwalifikować na szkolenie wyższego szczebla, i tak rozpoczęłam kolejny kurs na szkoleniu podoficerskim Tutaj przez ponad trzy miesiące byliśmy skoszarowani, nie tylko w celu szlifowania nabytych umiejętności. Nowy poziom, inne wyzwania, ciągły poligon wiedzy i wyimaginowanych akcji. Pamiętam, jak po jednym takim dniu z ćwiczeniami ratowniczymi pocięliśmy (specjalnymi nożycami) całe auto we 4 osoby. Przez tydzień miałam wrażenie, że moje ręce sięgają ziemi, taki to był wysiłek fizyczny, ciężki nie tylko dla kobiety. Innego dnia ćwiczyliśmy akcję gaszenia pożarów lasów, a tam, każdy strażak wie, kilometry rozciągniętych węży, przetaczanie i przepompowywanie wody na duże odległości, a potem oczywiście kolejne wyzwanie, takie jak zjazdy samo ratownicze z III piętra budynku. Największą traumę przeżyłam, gdy ewakuując mieszkańców „palącego się” budynku, nie znaleźliśmy schowanego za wersalką dziecka. Szok był tak duży, że do dzisiaj mam w pamięci to ćwiczenie. Takie wydarzenia uczą respektu i nakazują zachować przenikliwość podczas wszystkich zdarzeń. I znowu mogłabym tych złożonych i bardziej skomplikowanych działań wymieniać bez umiaru, ale przede mną stały już inne wyzwania, w dążeniu do umiejętności dowodzenia i profesjonalnego zarządzania zasobami ludzkimi w Państwowej Straży Pożarnej, swoje podwoje otworzyła dla mnie Szkoła Aspirantów, a potem Szkoła Główna Służby Pożarniczej, a pomiędzy tym wszystkim, szkolenia i kursy specjalistyczne.Wór pełen pamięci, wielu poznanych ludzi z całego kraju, nawiązane przyjaźnie, i doświadczenie, które każdy z nas nabywa w swoich dziedzinach pracy i służby. Jak w kalejdoskopie przesuwają się wspomnienia ludzi, miejsca i czasu, kawał historii, mojej i PSP, przeplatają się dając zadowolenie z pracy, służby i życia. To także respekt, przed odpowiedzialnością, pokorą do wiedzy, szacunkiem do ludzi, którzy każdego dnia muszą się uczyć, by nie zawieść drugiego człowieka, by uratować mu życie, zdrowie lub mienie. Ciężar odpowiedzialności, który chociaż ukryty, czuwa, by nonszalancja nigdy nie zagościła w strażackich murach.
Podobno miłość przemija z wiatrem niesiona, roznosi ogień niszcząc to, co cenne. Strażacy dzisiaj nie tylko gaszą ten ogień zniszczenia, działają na wielu płaszczyznach przynosząc ukojenie naprzeciw nieokiełznanemu niebezpieczeństwu. Życzenia z okazji św. Floriana składamy sobie raz w roku, w moim sercu miłość do służby strażaka trwa, i majowe tchnienie wiatru tylko ją rozbudziło, przywołując wspomnienia sprzed lat.
-
Konstytucja 3 Maja
Ostatnio naszła mnie mała refleksja konstytucyjna. Zapisane w pamięci okruchy wspomnień z lat młodzieńczych, lekcje, które miały wpoić wiedzę i oszlifować fundament dumy narodowej, wyszły z zakamarków świadomości, przynosząc pewność dobrze spełnionego obowiązku szkolnego. Jak strofy ulubionego wiersza, przysłonięte niepamięcią czasu, powróciły nagle, zmuszając umysł do szperania. Dawniej musiałabym wyruszyć do biblioteki, by w jej zasobach odszukać książkę, która pozwoliłaby odkurzyć pamięć na nowo. Dzisiaj, bez chwili wahania wpisałam interesujące mnie hasło w przeglądarkę Google i po chwili zapomniany tekst ukazał się moim oczom…
Konstytucja 3 Maja, czyli Ustawa Rządowa z dnia 3 maja – uchwalona 3 maja 1791 roku ustawa regulująca ustrój prawny Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
Pierwsza w Europie, druga na świecie po amerykańskiej konstytucji z 1787 r. Kompromis szlachecko-królewski łączył wyobrażenia o rzeczywistej demokracji szlacheckiej z królewskim programem monarchii konstytucyjnej. Konstytucja została przyjęta większością głosów, co zostało owacyjnie przyjęte przez publiczność i tłum zgromadzony przed zamkiem.Otworzona stronica ukazała tekst rozpoczynający się uroczyście preambułą, która zawierała motywy wydania aktu oraz określiła cele, jakim konstytucja powinna służyć. Zagłębiłam się w tekst starego dokumentu, z uwagą śledząc jego przesłanie. Dziwne uczucie, gdy po latach odkurzasz pamięć, a doświadczenie zebrane z wiekiem, otwiera Ci oczy i rzuca zupełnie nowe spostrzeżenia, takie, o których w wieku szkolnym w ogóle nie masz pojęcia. Zaczytałam się w staropolskim języku z uwagą przynależną wiekowi „ (…) długim doświadczeniem poznawszy zadawnione rządu naszego wady, a chcąc korzystać z pory, w jakiej się Europa znajduje i z tej dogorywającej chwili, która nas samym sobie wróciła, wolni od hańbiących obcej przemocy nakazów, ceniąc drożej nad życie, nad szczęśliwość osobistą, egzystencję polityczną, niepodległość zewnętrzną i wolność wewnętrzną narodu, którego los w ręce nasze jest powierzony, chcąc oraz na błogosławieństwo, na wdzięczność współczesnych i przyszłych pokoleń zasłużyć, mimo przeszkód, które w nas namiętności sprawować mogą dla dobra powszechnego, dla ugruntowania wolności, dla ocalenia Ojczyzny naszej i jej granic z największą stałością ducha, niniejszą konstytucję uchwalamy”.
Od czasu uchwalenia Konstytucji 3 Maja minęło już 229 lat, świat się rozpędził i rozwinął dotykając nieba, a ja mam wrażenie, że treść preambuły nadal jest aktualna, żyje od lat w symbiozie ze wszystkimi naszymi bolączkami narodowymi, jakby te stare karty natchnął głos z nieba, nie pozwalając im zatracić prawdy najważniejszej – dobro narodu ponad wszystko.
Kolejne stronice Konstytucji to jedenaście wątków, którym w ówczesnych czasach zapewniono miejsce w naszej historii. Poczesne miejsce zajęła religia. „Religią narodową panującą jest i będzie wiara święta rzymska katolicka ze wszystkimi jej prawami; (…). Że zaś taż sama wiara święta przykazuje nam kochać bliźnich naszych, przeto wszystkim ludziom jakiegokolwiek bądź wyznania, pokój w wierze i opiekę rządową winniśmy (…)”.
Tuż za nią unormowano prawnie szlachtę stanowiąc, że: „Wszystką szlachtę równymi być między sobą uznajemy, nie tylko co do starania się o urzędy i o sprawowanie posług Ojczyźnie, honor, sławę, pożytek przynoszących, ale oraz co do równego używania przywilejów i prerogatyw stanowi szlacheckiemu służących. Nade wszystko zaś prawa bezpieczeństwa osobistego, wolności osobistej i własności gruntowej i ruchomej tak, jak od wieków każdemu służyły, świątobliwie, nienaruszenie zachowane mieć chcemy i zachowujemy; zaręczając najuroczyściej, iż przeciwko własności czyjejkolwiek żadnej odmiany lub ekscepcji w prawie niedopuścimy, owszem najwyższa władza krajowa i rząd przez nią ustanowiony, żadnych pretensyi pod pretekstem iurium regalium*”.
Już w XVIII wieku myśl reformatorów była jasna i ograniczała monopolistyczne zapędy władzy królewskiej na rzecz wolności obywateli, zarówno osobistej, jak i majątkowej, podkreślając wagę wolności dla wszystkich. „Dlatego bezpieczeństwo osobiste i wszelka własność, komukolwiek z prawa przynależna, jako prawdziwy społeczności węzeł, jako źrenicę wolności obywatelskiej szanujemy, zabezpieczamy, utwierdzamy i aby na potomne czasy szanowane, ubezpieczone i nienaruszone zostawały, mieć chcemy.”
Należy wspomnieć, że to czasy podziału na klasy społeczne, a jednak nie pominięto w Konstytucji 3 Maja społeczności mieszczańskiej zapewniając jej już w trzeciej części prawo wolności „Miasta Nasze Królewskie wolne w państwach Rzeczypospolitej w zupełności utrzymane mieć chcemy”. Nie zapomniano także o chłopach, i w punkcie czwartym zagwarantowano im opiekę prawną, wolność i ochronę praw nabytych. „Lud rolniczy, z pod którego ręki płynie najobfitsze bogactw krajowych źrodło, który najliczniejszą w narodzie stanowi ludność, a zatem najdzielniejszą kraju siłę, (…) pod opiekę prawa i rządu krajowego przyjmujemy, (…),a chcąc jak najskuteczniej zachęcić pomnożenie ludności krajowej, ogłaszamy wolność zupełną dla wszystkich ludzi (…) jak tylko stanie nogą na ziemi polskiej, wolnym jest zupełnie użyć przemysłu swego jak i gdzie chce, wolny jest czynić umowy na osiadłość, robociznę lub czynsze, jak i dopóki się umowi, wolny jest osiadać w mieście lub na wsiach, wolny jest mieszkać w Polszcze, lub do kraju, do którego zechce, powrócić, uczyniwszy zadosyć obowiązkom, które dobrowolnie na siebie przyjął.”
Punkt piąty Konstytucji 3 Maja jest historycznym uznaniem trójpodziału władzy w Polsce, w którym rząd czyli: „Wszelka władza społeczności ludzkiej początek swój bierze z woli narodu. Aby więc całość państw, wolność obywatelską i porządek społeczności w równej wadze na zawsze zostawały, trzy władze rząd narodu polskiego składać powinny i z woli prawa niniejszego na zawsze składać będą, to jest: władza prawodawcza w Stanach zgromadzonych, władza najwyższa wykonawcza w królu i Straży, i władza sądownicza w jurysdykcjach, na ten koniec ustanowionych, lub ustanowić się mających.”
Usankcjonowany podział władzy jest przełomowym ukoronowaniem myśli Oświecenia sformułowanej przez Charlesa Louisa de Montesquie zwanego Monteskiuszem. W książce „O duchu praw” Monteskiusz sformułował zasadę trójpodziału władzy i jej wzajemnej równowagi, w myśl której władza powinna dzielić się na wykonawczą, ustawodawczą i sądowniczą. Taki podział miał zapobiec pojawieniu się władzy despotycznej, gdyż każdy z tych trzech elementów ma się wzajemnie kontrolować.
Kolejne 3 punkty konstytucji to rozwinięcie trójpodziału władzy i przyznanie kompetencji zgodnie z ich właściwością:
- Sejm czyli Stany zgromadzone na dwie Izby dzielić się będą: na Izbę Poselską i na Izbę Senatorską pod prezydencja Króla. Izba Poselska, jako wyobrażenie i skład wszechwładztwa narodowego, będzie światynią prawodawstwa. Przeto w Izbie Poselskiej najpierwej decydowane będą wszystkie projekta. Każde prawo, które po przejściu formalnem w Izbie Poselskiej do Senatu natychmiast przesłane być powinno, przyjąć lub wstrzymać do dalszej narodu deliberacji opisaną w prawie większością głosów; przyjęcie moc i świętość prawa nadawać będzie; wstrzymanie zaś zawiesi tylko prawo do przyszłego ordynaryjnego sejmu, na którym gdy powtórna nastąpi zgoda, prawo zawieszone od Senatu przyjętem być musi.
- Żaden rząd najdoskonalszy bez dzielnej władzy wykonawczej stać nie może. Szczęśliwość narodów od praw sprawiedliwych, praw skutek od ich wykonania należy. Doświadczenie nauczyło, że zaniedbanie tej części rządu nieszczęściami napełniło Polskę. Zawarowawszy przeto wolnemu narodowi Polskiemu władzę praw sobie stanowienia i moc baczności nad wszelką wykonawczą władzą, oraz wybierania urzędników do magistratur, władze najwyższego wykonywania praw królowi w radzie jego oddajemy, która to rada Strażą Praw zwać się będzie. Władza wykonawcza do pilnowania praw i onych pełnienia ścisle jest obowiązana.
- Władza sądownicza nie może być wykonywana ani przez władze prawodawczą, ani przez króla, lecz przez magistratury na ten koniec ustanowione i wybierane. Powinna zaś być tak do miejsc przywiązana, żeby każdy człowiek bliską dla siebie znalazł sprawiedliwość, żeby przestępny widział wszędzie groźną nad sobą rękę krajowego rządu.
W punkcie dziesiątym Konstytucji 3 Maja omówiono edukację dzieci królewskich, a na zakończenie w punkcie jedenastym unormowano siły zbrojne stanowiąc, że: „Naród winien jest sobie samemu obronę od napaści i dla przestrzegania całości swojej. Wszyscy przeto obywatele są obrońcami całości i swobód narodowych. Wojsko nic innego nie jest, tylko wyciągniętą siłą obronną i porządną z ogólnej siły narodu. Naród winien wojsku swemu nadgrodę i poważanie za to, iż się poświęca jedynie dla jego obrony. Wojsko winno narodowi strzeżenie granic i spokojności powszechnej, słowem winno być jego najsilniejszą tarczą.”
Historia to nie tylko opowieść udokumentowana w formie pisemnej, ale to przede wszystkim fakty, które tworzą naszą tożsamość narodową, dając nam pewność miejsca i poczucie przynależności do wspólnoty ludzi, którzy nie tylko mówią tym samym językiem. Kształtowanie jedności narodowej to proces długotrwały i wymagający. Składa się na niego wiele czynników, poczynając od rodziny, a kończąc na szeroko pojętej świadomości narodowej. My Polacy, mamy czym się szczycić. W świadomości świata nasz rodowód sięga głęboko, ponad tysiąc lat jedności, pomimo różnych przeciwności losu, a korzenie nasze wzbogacone doświadczeniem przodków dają pewność przynależności. Połączeni na dobre i na złe imieniem Polak, mamy prawo nosić podniesioną głowę, karmiąc nasze dzieci kartkami przeszłości. Gdzieś przeczytałam, że Święto Konstytucji 3 Maja, nie powinno mieć miejsca, bo została ona wprowadzona w życie w warunkach zamachu stanu i przy obejściu ówczesnego prawa. Dla niektórych to żart historii, dla mnie, to nie tylko postępowe w ówczesnych czasach dzieło praw i wolności obywatelskich, lecz także nasza spuścizna, która nadal aktualna w swoim przekazie, powinna być pielęgnowania nie tylko dla pamięci naszych przodków.
Wiwat, wiwat 3 Maj, wiwat, wiwat Konstytucja!
*iurium regalium – władza królewska
W artykule wykorzystano fragmenty Konstytucji 3 Maja z dnia 3 maja 1791 r., zachowując oryginalną pisownię.
-
W poszukiwaniu wiosny…
W marcu planowane było ostatnie w tym sezonie spotkanie w piwnicach Midasa pt. Słowa złotem szeptane w piwnicach Midasa, czyli w poszukiwaniu wiosny. Na scenie miał wystąpić po raz pierwszy zespół Muza, a poetyckie słowo niosło w sobie dozę optymizmu i powiewu wiosennej świeżości.
Niestety, jak to w życiu bywa, nie wszystko, co sobie zaplanujemy można zrealizować. Tym razem przeszkoda niewidoczna, ale bardzo dotkliwa czai się na nas w zakamarkach nieprzewidywalnych. Wypełzła niespodziewanie, atakując dotkliwie, dlatego przymusowa kwarantanna, może niezbyt atrakcyjna, ale może nas przed nią ustrzec. I tak, w dobie XXI wieku zetknęliśmy się z sytuacją, która przez wieki dziesiątkowała ludzkość, a nam wydawało się, że historyczne zapiski tragicznych plag odnaleźć możemy jedynie na stronach starych ksiąg. Jednak życie rządzi swoimi prawami, pisząc scenariusze nieprzewidywalne, łamiąc serca i kieszenie, tworzy meandry niepewnego jutra. Dlatego pomyślałam sobie, że może warto odwrócić, choć przez chwilę myśli od złej aury i poszukać okruchów wiosennego optymizmu pomimo przeciwności losu.Powiew wiatru i okres oczekiwania niosą ze sobą zawsze nadzieję, na wiosenne porządki, wygnanie wirusa, wyzwolenie myśli, lepsze jutro, uśmiech i wsparcie drugiego człowieka. Może to jest właśnie ten czas, by zacząć wiosenne porządki, w pierwszej kolejności, we własnym umyśle, sercu i duszy…, a potem będzie już łatwiej, bo zostaną nam, tylko te, które wymagają wysiłku fizycznego. A praca zawsze wzbogaca.
I rymując za Janem Brzechwą otwórzmy oczy, uchylmy okna i przewietrzmy głowy, gdyż:
Wiosna w kwietniu zbudziła się z rana,
Wyszła wprawdzie troszeczkę zaspana,
Lecz zajrzała we wszystkie zakątki:
– Zaczynamy wiosenne porządki.To dobry czas, pracowity i pełen napięcia, gdy ziemia zaczyna pękać, budzi się do życia, trawa już zielenią błyska, a rabaty nieśmiało zamieniają się w kolorowe łąki.
Czujecie ten zapach potu ogrodnika?
Właśnie przetarł spocone czoło ręką pełną grudek ziemi. Wygląda zabawnie, a jego oczy błyszczą radością pracy, przesiąkniętą wizją przyszłych plonów. A tam w oddali hałas, oczywiście, to dzieciaki łaknąc słońca turlają się po zboczu niewielkiej góry. Dzwoniący śmiech nasuwa wspomnienia błogiego dzieciństwa, które na zawsze pozostanie po słonecznej stronie pamięci. Na asfaltowej drodze, w oddali spacerują ludzie, ich myśli spowite splecionymi dłońmi, stają się zaprzeczeniem samotności. Spoglądam zza płotu, na te zbocza wokoło, niebawem zakwitnie tarnina, zrobi się biało i pewnie zimno, ale to nic, to tylko chwila, może rodzinnie zapalimy grilla?
Zapach palonego drewna i ogień wesoło tańczący, dadzą ukojenie zmysłów, po pracy wyczerpującej, nastroją żołądek i myśli leniwie. To nic, że jeszcze w zamknięciu, ważne, że szczęśliwie dym snuje się w niebo. Wiosna niesie odrodzenie, wiatrem rozwiewając smutki, a my zachowajmy dobro w sercu, bo ten sezon jest krótki, cieszmy się chwilą, dzielmy uśmiechem, szykujmy się na nowe doznania. Wymiećmy kurz, wyplewmy chwasty, przetrzyjmy okulary, i napawajmy się świeżością wiatru.
Czujecie ten zapach dymu?
Sąsiad rozpalił ognisko, pali pozimowe resztki, zadymił osiedle, to są jego „grzeszki”, ale czy warte nagany w ten wiosenny czas?
Może lepiej przeczekać chwilę w domowym zaciszu, a potem… snując wizję wiosny razem z Marią Pawlikowską Jasnorzewską (w ogrodzie wyobraźni) uśmiechnijmy się do marzeń, bo:
Gdy wiosna zaświta,
jest w ogrodzie raz cieniej, raz jaśniej.
Wciąż coś zakwita, przekwita.
Wczoraj kwitło moje serce. Dziś jaśmin.I tak na zakończenie, na przekór wszystkiemu, róbcie porządki i nie żałujcie niczego!
A gdy noc minie, posłuchajcie od świtu jak dzwoni i dźwięczy życie!
To ptaki zagościły się na dobre, nucąc nam codziennie wiosenne trele.
-
Zawsze będę przy Tobie
„Życie to krótka chwila między pierwszym i ostatnim oddechem.”
Autor nieznany
Są takie dni w moim życiu, gdy wspomnienia sięgają pierwszych kroków, nieśmiało skierowanych w przyszłość. Blond głowa, pełna delikatnych loków i choinka ozdobiona anielskim włosem, pachnąca i żarząca się dyskretnie ognikami płonących świeczek.– Nie dotykaj, bo się oparzysz! – czujność mamusi skupiła moją uwagę, aczkolwiek nie do końca mogłam uwierzyć w prawdziwość słów przekazanych z troską w głosie. Wówczas tatuś podniósł mnie i delikatnie pokazał kryjące się niebezpieczeństwo w migotliwym blasku świec. Ja i oni, cóż może chcieć małe dziecko, któremu rodzice chcą przychylić nieba, do czasu, aż urodziła się siostra.
To takie niesprawiedliwe, dzielić się miłością obojga z innym dzieckiem. Przecież każdy chce mieć wszystko, dużo więcej niż może dostać, a może to tylko złudzenie…
Po kilku latach na świat przyszła trzecia siostra. To już była normalność, bo podzielić z dwóch na trzy jest dużo łatwiejsze niż odebranie pewnej części zainteresowania tylko moją osobą. Już się do tego przyzwyczaiłam.
Dzień za dniem płynął leniwie (do dzisiaj nie wiem, dlaczego wówczas nie mogłam się doczekać kolejnego dnia, spotkania, wydarzenia), a ja dorastałam coraz bardziej świadoma swojego charakteru. Ciężki orzech do zgryzienia, z wiekiem przemieniał się w stal, hardział, przybierał pancerz czujności, by uzbroić się po zęby na dorosłe życie.
Jednak najważniejsza była i jest rodzina, wyssałam to z mlekiem matki, z szacunku patriarchalnego i miłości do bliźniego. Wszystkie święta w moim domu pielęgnowane były z pietyzmem i namaszczeniem ich uroczystego charakteru, także dzisiejsze, to był cały rytuał, który rozpoczynał się na długo przed 1 listopada. Tradycją było, że znicze na groby robiliśmy sami, a zapach topionego wosku w starym czajniku rozchodził się po całym domu. Tatuś zawsze pilnował, aby nic nam się nie stało, ale pozwalał nam wycinać knoty i wtykać je do skrzętnie przygotowanych zniczy.
Po obiedzie, spacerkiem wędrowaliśmy na cmentarz. To była prawdziwa wyprawa z pełnymi siatkami, które dźwigałyśmy same z mozołem, gdy rodzice dźwigali kolorowe chryzantemy. Grób za grobem, u dziadka w pierwszej kolejności, a potem była jeszcze ciocia, wujek, i inni, których nigdy nie miałam okazji poznać.
Lata mijały, dorastałam, poznawałam nowych ludzi, a czas skracał swoją leniwość. Przyśpieszał, z każdym dniem, miesiącem i rokiem, aż zaczęli odchodzić coraz bliżsi memu sercu ludzie.
Rodzice, jak zawsze dbali, by nie pominąć żadnego grobu, bo jak mówiła mamusia o nas też kiedyś powinien ktoś pamiętać. Jej słowa były takie nierzeczywiste, modlitwa nad grobami, dla pamięci, aby tam po drugiej stronie tym, co przeszli już most było lepiej. Już babcia Rózia podkreślała, że pamięć o bliskich i modlitwa, to wsparcie także dla nas wtedy, gdy my sami jesteśmy w potrzebie.
Może to wpajana od dziecka ścieżka pamięci o tych, co odeszli, a może wiara przodków w siłę dobrych uczynków… nie wiem, ale po latach wiem jedno…nastał czas, gdy bliscy mi najbardziej odeszli, a wraz z nimi zniknęła zewnętrza siła wsparcia.
Za życia rodzice zawsze podkreślali, że nie ma rzeczy niemożliwych, a na ich pomoc zawsze mogę liczyć. Słowa, przez lata wpajane mi z pewnością prawdy jedynej i niezaprzeczalnej, niejednokrotnie zamieniały się w pomoc, bezwarunkową i niezawodną.
Kochali nas takimi, jakie byłyśmy, pozwalając na odrobinę ekstrawagancji i odmienności. Ta wolność była bezcenna, a zrozumienie wzruszało. Mogłam tego dotknąć na moich wieczorach poetyckich, gdy rodzice okazywali dumę i nie wstydzili się ocieranej łzy wzruszenia, pozostawiając w mojej pamięci na zawsze niezapomniany kadr wspomnień.
Przeżyli wspólnie 50 lat, zostawiając nam w pamięci żywe przykazanie miłości.
I odeszli, zostawiając pustkę. Tego nigdy się nie da zapełnić, ale taka jest kolej rzeczy. Nikogo z nas nie ominie. Wszyscy jesteśmy tego świadomi, ale słowa mamusi „Zawsze będę przy Tobie” nabrały innego wyrazu, nie wyblakły, chociaż zmieniło się status quo. Każdego dnia oni są ze mną, w moim sercu i umyśle, a rozmowy z nimi i okruszki, jakie mi zostawiają niczym drogowskaz w chwili zwątpienia, pozwalają nadal wierzyć, że są przy mnie i mojej rodzinie. Czuwają, wspierają, dodają odwagi i pomagają, by ścieżka życia nie była zbyt ciernista.
Ja wiem, jestem pewna, że wszystkie duchy opiekuńcze naszej rodziny są z nami na dobre i na złe, bo tylko w miłości ukryte skrzydła nadziei skrywają bogactwo Wszechświata!
-
Warszawskie piosenki
Wychowałam się na piosenkach z Powstania Warszawskiego. Znałam je wszystkie, a właściwe prawie wszystkie znam do dzisiaj. Nie mogłam zrozumieć, jak ktoś może ich nie znać. To było naturalne, jak mleko matki i jej pocałunek przed snem, i na dzień dobry. Przez te wszystkie lata nigdy nie zastanawiałam się nad słusznością zrywu Polaków, nad ich wielkim poświęceniem dla wolności. To też było naturalne i zrozumiałe jak wszystkie czyny zmierzające do tego, by każdy Polak był wolny.
Wojna, terror niemiecki i radziecki, opowieści babci Rózi i babci Jasi o dramacie głodu, niepewności jutra, o historii życia bez nadziei i przyszłości… to ich prawdziwe życie, tułaczka, troska o dzieci i spór, który toczy się gdzieś na szczeblach kręgów historii o sensie wybuchu Powstania…
Rozsądne argumenty rzeczoznawców przemawiają na korzyść niewoli, a ja spacerując po czeskiej Pradze spoglądałam na „starą Warszawę”, nienaruszone mury miasta stoją niczym pomnik, bo nikt nie miał odwagi przeciwstawić się okupantowi… a my z naszą ułańską naturą i potrzebą zachowania własnej tożsamości… dla nas walczyli i dla nas zginęli, a Ci nieliczni, którym udało się przeżyć zachowali w sercu miłość do ojczyzny i prawo polskości przyszłych pokoleń, ostatnie karty żywej pamięci.
Dzieciom chciałam przekazać miłość do ojczyzny, do jej praw niezbywalnych, a teraz gdy na nich patrzę i słucham, to wiem, że ziarno znalazło podatny grunt. To ważne wiedzieć, skąd jesteśmy i kim są nasi przodkowie.
Pokłady wiary i nadziei towarzyszyły 75 lat wstecz młodym ludziom, którzy pragnęli żyć godnie.
Czy to naprawdę było zbyt wygórowane pragnienie?
Łza w oku kręci się sama, gdy ze wzruszeniem spoglądam na wszystkich, którzy dzisiaj wracają pamięcią do tych dni, i ludzi którzy walczyli do ostatniej kropli krwi za naszą wolność!
Tego poświęcenia nie da się zmierzyć, tego nie można zapomnieć, tę prawdę należy przekazać kolejnym pokoleniom, tak by nasza tożsamość i walka o wolność nie została zasypana w popiele niepamięci.
Dzisiaj znowu będę śpiewać (w tym roku przed telewizorem), razem z innymi, którzy wierzą w dobro najwyższe, wolność człowieka i prawo do godnego życia. Dla pamięci, w podziękowaniu i z dumą!
Warszawskie dzieci idziemy w bój!
P.S.Rok temu spełniło się moje marzenie, Mieszkańcy Ziemi Strzyżowskiej w dniu 1 sierpnia w godzinie „W” minutą ciszy uczcili pamięć Powstańców, biorąc udział w wydarzeniu „Strzyżów śpiewa dla Warszawy”. Kilka pokoleń spotkało się tego dnia aby oddać hołd Powstańcom Warszawskim.
Oby nigdy nie zabrakło takich chwil pamięci…
fot. Andrzej Górz
-
Poetyckie zawierzenie
Wspomnienia to dar, który z każdym upływającym dniem staje się coraz bardziej cenny. Bo tak naprawdę, cóż byśmy byli warci, bez pamięci, historii i rodzimej tożsamości, która zakorzeniona od pokoleń ma swoje konkretne miejsce, tu na tej polskiej ziemi. A gdy wynaleziono druk, i gdy Gall Anonim spisał pierwsze kroniki, to my naród polski zapisaliśmy się w historycznej pamięci dla przyszłych pokoleń na zawsze. A potem rozsmakowani w słowie wielcy tej ziemi zaczęli trwale zostawiać swój ślad. Krok za krokiem, poczynając dumnie, słowami krzewiciela literackiej polszczyzny Reja, „ iż Polacy nie gęsi i swój język mają” rozpoczęła się nasza rodzima historia literackiego zapisu myśli.
Przebiegając wzrokiem po opasłych tomach, z radością można stwierdzić, że literaturę mamy bogatą, cenną, i na pewno przepełnioną naszą ojczystą historią. Cechy narodowe, to także ten codzienny rys szarej rzeczywistości, która niczym ziarna zboża składa się na wielkość chleba. Jednak do wydobycia prawdziwego smaku potrzeba jeszcze szczyptę cukru i soli, by rozkoszować się złożoną sytością literacką dnia codziennego. Przede wszystkim musi być jednak ktoś, kto opowie nam o wydarzeniu, aby mogło ono zatrzymać chociażby na chwilę myśl przewodnią. Przeszłość zapisana ma szansę przetrwać w pamięci wielu pokoleń. I dzięki temu wiemy o naszej tożsamości narodowej tyle ile z dziejopisarstwa nam wpojono, lub parafrazując naszą wspaniałą Noblistkę Wisławę Szymborską: Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono (z książki: Wołanie do Yeti).
Takie dywagacje z lekkim przymrużeniem oka ostatnio towarzyszą mi nieustannie, gdyż za sprawą pisarza Michała Rusinka, z niekłamaną radością sięgnęłam po poezję Wisławy Szymborskiej po raz enty. Tym razem jednak zagłębiłam się w jej strofy trochę pod innym kątem rozpatrując słowa zapisane skrzętnie na kartach życia. Bez patosu, zawsze z celnością błyskawicy, z puentą nieprzewidywalną i szlachetną prostotą drobnej Kobiety, wers za wersem, dzień za dniem, śledziłam słowa Michała Rusinka w książce pt. Nic zwyczajnego o Wisławie Szymborskiej i od nowa zaczytywałam się w poezji naszej Noblistki. Dumna jestem, że jestem kobietą, mamy w sobie to coś! Być może ta odmienność pochodzi z innej planety, a może z innego postrzegania, ale na pewno jest to trudny orzech do zgryzienia dla płci przeciwnej. Dlatego tym bardziej jestem mile rozczarowana, że młody mężczyzna potrafił skraść serce Poetki jednym ruchem ręki i zostać w jej życiu na dłużej. Myślę, że jego błyskotliwość i poczucie humoru zaważyły w jednej chwili na dalszych losach zawodowych na kolejne 15 lat, nie bez przyczyny:
„Kiedy przyszedłem po raz pierwszy do Szymborskiej (…). Po chwili wyszła z pokoju, z lekkim obłędem w oku, trzymając w palcach papieros z długim słupkiem popiołu. Nie bardzo wiedziała, co ma zrobić najpierw: przywitać się, znaleźć popielniczkę, odebrać uporczywie dzwoniący telefon… Wreszcie udało się jej zapanować nad rzeczywistością; tylko telefon nadal dzwonił. (…) Wówczas uprzejmie poprosiłem o nożyczki. Przeciąłem kabel. Telefon przestał dzwonić. Szymborska wykrzyknęła: „Genialne!”. I tak zostałem przyjęty do pracy”*
Dzień za dniem, rok za rokiem, w obliczu wyzwania, towarzyszył Wisławie Szymborskiej jako sekretarz, taktowny, dyskretny i na każde zawołanie, będący tarczą dla drobnej Kobiety stał się jej cieniem. A potem… myślę, że tęsknił za wspaniałą osobowością Poetki. Wspomnienia i rzeczywistość dnia minionego splotły swoje losy dwojga ludzi na zawsze. Cieszę się, że Michał Rusinek zdecydował się podzielić nie tylko historią o życiu wybitnej Kobiety, lecz także orzeźwił wspomnienie Wisławy Szymborskiej i przywołał poezję, słowa mniej lub bardziej zapamiętane. Darem jest umiejętność zaciekawienia czytelnika, tak aby zatrzymał się, wrócił, albo został z nami na dłużej.
Barwna narracja, stronica za stronicą, przetykana zdjęciami, nie może być inna, bo to opowieść o życiu perfekcjonistki, która przede wszystkim wymagała od siebie, innym również nie pobłażając, z humorem umiała puentować powagę. Wyrazistość słowa zawarta w wierszach Szymborskiej w połączeniu z dyskretną celnością i zmysłem obserwacji Rusinka to prawdziwa przyjemność zatopienia się w lekturze, którą trzymałam w dłoni.
Tak za przyczyną dnia codziennego i wiersza utkanego z myśli Noblistki, beletrystyka słowa stała się biografią chwili zapisaną słowem prozy w książce Nic zwyczajnego...
I chociaż cytując Noblistkę:„Ktoś tutaj był i był, a potem nagle zniknął i uporczywie go nie ma…”,
to z całą stanowczością musze przyznać, że Michał Rusinek nie tylko otworzył okno, wpuszczając odrobinę światła, ale z wielkim taktem i wyczuciem, uchylił rąbka tajemnicy bytu skromnej i wielkiej Kobiety, odsłonił fragmenty istnienia, obnażył z humorem prozę szarości dnia, zachował dystans do siebie i, co jest chyba najbardziej trudne, pozwolił czytelnikowi na subtelne odkrywanie poezji Wisławy Szymborskiej, a co za tym idzie kolejnych kart z jej życia.
„Bywam pytany o jej wady. O to, co mnie w niej irytuje. Myślę o niej z nieustannym zachwytem, więc niełatwo mi na takie pytania odpowiadać. Nie lubię, kiedy zmienia zdanie w ostatniej chwili i trzeba odwoływać serię spotkań, wyjazdy, umówione wcześniej wywiady; kiedy coś obiecuje, a potem stwierdza, że nie podoła, że ma ważniejsze sprawy na głowie. Ale nie lubię też , jak ktoś wtedy mówi, no cóż, jest damą i ma prawo. To nie dlatego, że jest damą. To dlatego, że jest poetką. Że zna swoją wartość. Że wie, iż powinna pisać, a nie marnować czasu na bezsensowne sprawy. Twórca musi zachować jakąś dozę egoizmu. I ma prawo odmawiać.”*
Z prawdziwą przyjemnością polecam każdemu książkę Michała Rusinka, Nic zwyczajnego o Wisławie Szymborskiej , każdemu kto zechce na nowo zatopić się w słowach Wisławy Szymborskiej, lub być może dopiero teraz, dzięki tej prozie postanowi odkryć jej poezję.
P.S.
* Nie mogłam się oprzeć i pozwoliłam sobie na zacytowanie dwóch fragmentów książki Michała Rusinka, Nic zwyczajnego o Wisławie Szymborskiej s. 19 oraz s. 234-236, Kraków 2016
-
Sztampa czyli banalna maniera potencjalnego naśladowcy
„Abstrahując od altruistycznych zagadnień metafizycznego pietyzmu adekwatnie jestem gotów pokusić się stwierdzeniem, że percepcja mojej mentalności nie obliguje mnie do dalszej konwersacji (…) biorąc pod uwagę wszelkie aspekty tej kwestii”
Altruistyczne zagadnienia metafizycznego pietyzmu wraz z wysublimowaną wiedzą na temat języka polskiego bawią mnie od lat. Nawet nie przyznam się od ilu, chociaż już w czasach szkoły średniej zabawy słowem były w modzie, a ich konfiguracja tym bardziej zabawna, im mniej zrozumiała dla interlokutora.
Jest się, czym pochwalić, bo wtedy zwykły kalkulator był luksusem, a biblioteka ze słownikiem języka polskiego na porządku dziennym. O słowniczku ortograficznym w każdym domu nie wspomnę nawet, bo ten egzemplarz znany obecnie jako „biały kruk”, wówczas był tomikiem obowiązkowym, tak samo ważnym jak Pismo Święte. Do dzisiaj oba te tomy mam, stare, wyświechtane, z wytartymi stronicami, pamiątka młodości, wspomnienie i czar Słowa.
Wracając jednak do tematu, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że czasami skrót informacji, który wkradł się niepostrzeżenie, zakorzenił się na dobre i zabił piękno polskiej mowy. Chociaż pewnie jestem niesprawiedliwa, bo przecież czasami można spotkać, w mowie, rozmowie, czy też słowie pisanym rezolutność i elokwencję brylującą na salonach, jak to zawżdy bywało.
Albo tylko niektórym wydaje się, że wtręt w celu…, w charakterze…, w zamiarze…, itp., itd., w pełni podkreśli wymowę i podniesie wartość wypowiedzi, w głosie zawartym w glosie…
I nie wie jeden z drugim, że w zasadzie ambiwalentny stosunek do języka rodzimego wcale nie jest ambrozją analogicznego myślenia. Dlatego, z pokorą pochylę czoło w trosce nieświadomości, nad grubym tomiszczem współczesnego języka, by cenzus wieku i sedno niewiedzy literalnej wśród grona adresatów zacnych, przypadkowo nie wywołało salwy śmiechu, nim cenzura bagatelizowanej ignorancji na dobre w niewiedzy słowa zagości.
-
Siedem wspomnień
Każdy z nas ma swoje siedem minut dobrych i złych, siedem godzin tęsknoty i szczęścia, siedem chwil, dni, miesięcy, lat…
Mogłabym tak wymieniać i mnożyć istotę liczby zamkniętej przeze mnie w najnowszym tomiku pt. „Siedem” nie tylko do potęgi drugiej. Wiele osób pytało mnie, dlaczego taki tytuł, skąd pomysł i narracja słów płynących w potoku życia. Odpowiedź nie jest ani prosta, ani jednoznaczna i złożyło się na nią wiele elementów, zdarzeń, myśli i spostrzeżeń. Czy faktycznie chciałabym opowiedzieć, wyjawić w szczegółach skąd taki pomysł się wziął?
Sama nie wiem, czy istnieje w ogóle potrzeba dłuższego zatrzymania się nad liczbą, która jest ze mną od najmłodszych lat. Taka ulubiona, magiczna, symbol wielowymiarowy (o tym dowiedziałam się już w wieku trochę starszym) towarzyszy mi odkąd sięgam pamięciom.Dlaczego?
Nie wiem. Jest ze mną i już, a podsumowaniem jej jest uporządkowany, pewny i w pewnym sensie stały zbiór zdarzeń, o których opowiadam właśnie w tomiku Siedem. Bo nic nie jest proste i oczywiste, bo na wszystko można spojrzeć z drugiej strony, bo w każdej sytuacji można dotknąć radości i smutku, bo życie takie właśnie jest – szare, przetykane kolorami tęczy. Zamknięte w muzycznych trelach skowronka i czarnym krakaniu wron, uchyla rąbek szorstkiej tajemnicy pośród tłumu rzeczy oczywistych.Kto nie ma pytań, wątpliwości, pewnych odpowiedzi i pragnień?
Ja na pewno mam, zawsze mam, i mam nadzieję, że będę miała, bo nie potrzeba mieć wszystkiego, wiedzieć wszystkiego i znać się na wszystkim. Wystarczy odrobina, garść, siedem wspomnień i życie nabiera pędu, dodając wraz z wiatrem koloru. I zaczyna spełniać to, co gdzieś, kiedyś nam się zamarzyło. I tak właśnie powstał tomik „Siedem”, podsumowanie godzin, pór dnia, tygodni, miesięcy, lat i pragnień… zamknęłam w krótkiej opowieści dnia codziennego, napisanej w siedem dni tygodnia.
To moja opowieść, i moje obserwacje, ale jeżeli znajdziesz w nich coś dla siebie, to… warto było się nimi podzielić!Spotkał mnie zaszczyt, bo słowo wstępne do tomiku zgodziła się napisać Poetka Zdzisława Górska, a 27 października 2018 r. na spotkaniu z okazji jego promocji dodatkowo uatrakcyjniła wieczór swoją opowieścią i spostrzeżeniami na temat mojej twórczości. Dziękuję Ci Zdzisiu za taką przychylną opinię i dobre słowo.
Na wieczorek, do Biblioteki Publicznej Gminy i Miasta Strzyżowa im. Juliana Przybosia zaprosiłam rodzinę, przyjaciół i grono znajomych. Cieszę się, że większości z Was udało się przybyć na to spotkanie, że chcieliście razem ze mną spędzić ten ważny dla mnie wieczór trochę inaczej niż zawsze. Dziękuję Pani Dyrektor i wspaniałym Pracownikom Biblioteki, bo dzięki ich pracy i życzliwości mogliśmy podziwiać piękny wystrój sali, skosztować wspaniale przygotowanych przekąsek, czy obejrzeć zdjęcia. Taka serdeczność dodatkowo podniosła walory spotkania, co jest dla mnie bezcenne. Gości na wstępie przywitała Dyrektor Biblioteki – pani Marta Utnicka, która również zgodziła się przeczytać jeden z wierszy.
Wieczór zaplanowałam sobie sama, ale żeby miał odpowiednią oprawę zaprosiłam do czytania wierszy wspaniałe dziewczyny, które bez wahania przyjęły moje zaproszenie, za co jestem im serdecznie wdzięczna. I tak, w ten sobotni wieczór popłynęły słowa z tomiku, czasami radosne, a czasami smutne, szorstkie i przepełnione kpiną, z dystansem lub z humorem, a na pewno z serca interpretowane przez Wandę Przybyłowicz, Annę Dul-Anioł, Elżbietę Hart-Bożek, Katarzynę Galej, Anetę Wożakowską-Kawską, Małgorzatę Sołtys, Stanisławę Kucab, Zdzisławę Górską, Mariolę Gruszczyńską, Bożenę Gaj, Urszulę Wojnarowską-Curyło, Zofię Krupską, Danutę Gazdę-Haligowską, Barbarę Turoń.
Dziękuję Wam, moje wspaniałe interpretatorki za serce i emocje, które włożyłyście w te proste słowa, wzbogacając ich treść i nadając koloru wyrazowi. Dziewczyny wymieniłam w kolejności, w jakiej tego dnia czytały wiersze, począwszy od poniedziałku, a skończywszy na niedzieli 🙂Łatwo nie było, ale sądząc po ilości braw, gościom te występy się podobały, na pewno!
Gdy myślałam nad treścią spotkania, to jasne, że zamarzyło mi się ozdobienie słowa dźwiękiem, a jeżeli oprawa muzyczna to wiadomo, ze powinna być the best.
Mam szczęście, bo znam wspaniałych artystów i zawsze mogę liczyć na ich życzliwość i talent. Często do nich kieruję swoje myśli i oni zawsze mnie wspierają. Tym razem o pomoc w realizacji pomysłu poprosiłam Jadwigę Skibę, jedną ze znanych strzyżowskich muzyków, bratnią duszę niekonwencjonalnych wibracji. Już kilka dni później dołączyły do niej cztery wyśmienite głosy.I to było cudowne przeżycie, gdy Jadwiga Skiba, Beata Oliwa, Ewa Środoń-Prokulewicz, Natalia Markowska i Michał Wolan na scenie wykonali utwory, które na długo wryły się w pamięci gości. Ich profesjonalizm wokalny, muzyczny i artystyczny dopełnił czaru. Dzięki tym wspaniałym Artystom wieczór przybrał odcienie magii, a serce, które czuć było w każdej nucie wypełniło spotkanie po brzegi niespodziewanych wzruszeń. Tak dzieje się zawsze, gdy profesjonalni amatorzy występują, a emocje grające w ich głosie przeszywają duszę na wskroś. Dziękuję Wam moi kochani, że swoim talentem zechcieliście się podzielić podczas tak ważnego dla mnie wieczoru.
Grosz na szczęście dla każdego, bo to szczęście do ludzi i ludzi życzliwość jest bezcenna. Tego nie można kupić, ale można zostać taką serdecznością obdarowanym. Ja to mam szczęście!I oczywiście mam nadzieję na kolejne, pozwólmy, by szczęście miało szansę podzielić się swoją energią!
P.S.
Dziękuję mojej Córce Adrianie, która zostawiła dosłownie wszystko, by tego dnia być ze mną!
Dziękuję mojej przyjaciółce Anecie oraz Annie i Piotrowi Aniołom, dla nich nigdy nie ma rzeczy niemożliwych.
Dziękuję Wam moi wspaniali Artyści, cudne Recytatorki i Goście i jak zawsze sympatyczni i profesjonalni Pracownicy Biblioteki, za ten jeden, jedyny w swoim rodzaju wieczór, dziękuję Wam kochani, że byliście ze mną!
Fot. Adam Woda
-
Pomyślność dla Niepodległej!
Ostatnie dni nasunęły mi refleksję, że czasami zapominamy o groszu na szczęście, który znaleziony wiele lat temu dał nam pewność, kim jesteśmy. Nie ma nic gorszego, niż brak własnej tożsamości, historii i kawałka miejsca na ziemi. My mamy wszystko. Bogactwo pokoleń oraz doświadczenie. I tylko można pomarzyć, aby nie stracić zdrowego rozsądku i pielęgnować z pietyzmem 100 lat odzyskania niepodległości.
Jutro mamy ważne obchody rocznicowe, mamy święto serdeczne, przepełnione patriotyzmem, wiarą, nadzieją, śmiechem, spokojem, śpiewem, patetyzmem i dobrymi emocjami. To wolność naszych przodków, nasza i przyszłych pokoleń.
Nie pozwólmy sobie odebrać radości świętowania!
Niech każdy z nas czerpie to, co najlepsze i niech się tym dobrem dzieli.
Są nas miliony, mamy swoją historię, nie musimy się jej wstydzić, teraz zadbajmy tylko o to, by wolność miała pewność bycia i świętujmy wraz z całą naszą ojczyzną, bo jesteśmy Polakami, hardymi, pewnymi swojej tożsamości narodowej, mądrymi doświadczeniem przodków i własnym, zakorzenieni na tej ziemi od wieków.
Po prostu jesteśmy stąd, tu rosną nasze drzewa i kwiaty, wypiekamy chleb z naszego zboża i kopcimy naszym węglem. Mamy wiele przywar i wiele pokładów dobra, waleczności i honoru! Nie zapominajmy, że jesteśmy jednym narodem, a nasze dzieci mają prawo nie tylko do wolnych wyborów, lecz także do życia w wolnym kraju!
Jestem Polką i jestem z tego dumna!
Dla mnie Polska to dom, rodzina, sąsiedzi, znajomi z wielu miast, przyjaciele z daleka i bliska, mieszkający na tej ziemi i poza nią. Jest nas wielu i nie musimy się zgadzać, ale szanujmy, naszą ojczyznę, barwy i kraj! Szanujmy siebie nawzajem, aby inni zderzyli się z murem polskości, uczcijmy naszą wolność, bo naprawdę mamy powód do dumy i świętowania.Życzę Wam i sobie pięknego 11 listopada – pamiątki czasów odzyskania niepodległości, rocznicy stulecia wolności, dni wywalczonych przez naszych przodków, dla nas i dla naszych dzieci. Niech nam dane będzie świętować pełną piersią jutro i w przyszłości tak, aby kolejne rocznice przypominały, kim jesteśmy i że prawdziwa wolność jest u nas, w naszym domu, w Polsce!
-
Siedem
Spotkanie z wierszem może być wzniosłe, melancholijne i romantyczne, albo radosne, satyryczne, z drwiną w tle. Odcieni, w których można się zasłuchać jest wiele, zależnie od autora, pomysłu, tematyki i natchnienia. Gorzej gdy z zamysłu autora na czoło wysuwa się proza życia.
Przecież w takiej sytuacji trudno przewidzieć reakcję odbiorców, bo cóż romantycznego i melancholijnego można spotkać w szarej rzeczywistości. Z satyrą też zmierzyć się trudno w chwili czynności pospolitych. Drwina, o tak, życie lubi sobie z nas zakpić.
Ja jestem stary zaboboniarz i na zimne dmucham, ale nie mogłam się oprzeć, gdy pomysł zakwitł w mojej głowie. Kręcił mnie, nęcił i kusił
Wahałam się, ale w lutym tego roku, Dyrektor Biblioteki strzyżowskiej zarezerwowała dla mnie miejsce na spotkanie, wieczór z wierszem i osobami, które zechcą przyjść, termin wstępnie zamknęłyśmy na drugą połowę października, na imieniny Urszuli, żeby było z odrobiną kpiny.

I tak też się stało, że zaklepany termin zmobilizował mnie do pracy, jednak planowany wstępnie tomik odsunęłam, bo tak jak nadmieniłam wcześniej spać mi nie dała proza życia.Dlatego zajrzałam w głąb siebie, rozejrzałam się po podwórku i zakręciłam wokół własnej przestrzeni.
Jak myślicie co zobaczyłam?
No właśnie, tę przestrzeń najdłużej, bo od 30 lat wypełniała jedna osoba.
I dla niej, a właściwie wraz z jego obecnością w tle (Misiu mnie zabije), powstał ten tomik.
W dniu 27 października o godz. 17 w strzyżowskiej bibliotece będzie można posłuchać tego co zrodziło się w mojej głowie i co przelałam na papier.
Lekko nie będzie, ale myślę że w interpretacji wyśmienitych kobiet może być intrygująco, tym bardziej, że słowo zostanie ozdobione wspaniałymi głosami. Dziękuję dziewczyny, że chcecie wystąpić.
A do tego, wieczór w bibliotece zgodziły się uprzyjemnić gościom wspaniałe wokalistyki; Jadwiga, Ewa, Natalia i Beata, a na klawiszach będzie im akompaniował Michał. Jestem wzruszona, bo muzyków to my mamy naprawdę wspaniałych i cieszę się, że kilkoro z nich zaśpiewa na wieczorku. To jest dla mnie bardzo cenne.
Oczywiście, denerwuję się, już mi emocje w żołądku fruwają, chciałabym aby się podobało, chociaż trochę rozbudziło fantazję gości.
To takie wyzwanie, by wysłuchać i wytrzymać do końca… obiecuję, że nie będzie zbyt długo (tak mi się wydaje)!
P.S.
Trzymajcie kciuki, bo jak się mąż dowie co tam jest napisane, to może być mega jazda…










